WPADŁO TU PRZYPADKIEM OSÓB



Urodziłem się w świetnym roku 1977 w nowohuckim szpitalu im. Stefana Żeromskiego. To było wtedy gdy nogawki spodni cieszyły oczy dzwonowatym kształtem, głowy zdobiły afro, a świat oszalał na punkcie zespołu ABBA. To było też wtedy gdy budowali dwupasmową drogę z Warszawy na Śląsk, którą towarzysz Gierek finansował za miliony z zagranicznych kredytów.

I o sobie to już chyba wszystko.

Napisz do mnie: tokida@wp.pl;


Blog > Komentarze do wpisu

Tereny zalewowe - zabraniać budować/nie zabraniać?

Rzeki. Od rzek się wszystko zaczęło. Najpierw sobie spokojnie płynęły, a homo sapiensi sobie spokojnie z nich czerpali wodę. Kiedy się okazało, że taka rzeka to świetne miejsce na dłuższy pobyt zaczęli wokół nich budować osady, a potem miasta. No i tak od tysięcy lat wokół rzek nabudowało się całkiem sporo.

Ten obyczaj pchania się z domostwami blisko rzeki nie ominął i Polski. Im większa rzeka, tym więcej wody, tym więcej zasobów do spłuczek, zlewozmywaków i wanien. Ale nie ma tak dobrze, żeby nie było źle. Rzeki  czasem a to wysychają, a to wylewają nie pytając ludzi o zdanie czy niosą ze sobą akurat tyle wody ile im trzeba. W Polsce rzeki co czas jakiś zaskakują Polaków niezmierzoną obfitością wód. W 1997 roku zalało kraj okrutnie, a powódź ochrzczono mianem "tysiącletniej". Jako, że czasy mamy coraz szybsze, kolejne "tysiącletnie" zjawisko powodziowe nadeszło już 13 lat później.

Znowu lało piekielnie i długotrwale u źródeł największych polskich rzek. Rzeki wylały i tutaj nie mamy się czemu dziwić. Dziwić się można temu dlaczego skala zniszczeń jest tak wielka. Za mało wałów, czy za dużo swobody w budowaniu na polderach zalewowych? Otóż ja jestem zwolennikiem tezy nr 1 z pewnym jednak zastrzeżeniem. Nie ma sensu budować wałów wszędzie i w wysokości, które zapewnią absolutne bezpieczeństwo w każdej sytuacji, która nie przypomina biblijnych przygód Noego.

Jak za dużo rzeka ma wód to musi gdzieś je wypluć. Rozsądek podpowiada, że najlepiej tam gdzie nie ma domów. Zalane pole czy łączka choćby i 100 hektarowa to mniejszy problem niż zalany 100metrowy dom. Gdy woda dewastuje dobytek tysięcy rodaków zaczyna się szukanie winnych i prezentowanie prostych recept.

Należy zabronić budowania czegokolwiek na terenach zalewowych!

Jakże to genialna w swej prostocie myśl. Jak to jednak bywa w takich przypadkach nie uwzględnia prawa ludzi do rozporządzania własnym majątkiem wedle swojego uznania. Ktoś chce mieć dom nad rzeką - niech sobie go tam buduje.  Tyle, że jak przyjdzie wielka woda nie może oczekiwać pomocy od Rządu. Chciał ładnych widoczków wbrew rozsądkowi i zasadom bezpieczeństwa? Jego ryzyko. Rzecz jasna są całe tysiące ludzi mających domy po swoich rodzicach i dziadkach, które stoją tam gdzie stoją od dziesięcioleci. Ani sprzedać tam działki, a tym samym nie ma jak się przeprowadzić. Tutaj stoi wielkie zadanie dla gmin, które mogłyby w miarę możliwości ze swoich zasobów zamieniać działki ludzi na terenach najbardziej zagrożonych na te gdzie domom nie grozi zalanie.

Kiedy i ten śmiały pomysł padnie w obliczu rzeczywistości ubogich gmin i jeszcze uboższych mieszkańców nie mających ochoty na żadne przeprowadzki cóż czynić?

Czy nie można budować domów na wyższych fundamentach?
Czy nie można na parterach zrezygnować z drewnianych mebli i podłóg?
Można. Trzeba tylko mieć odrobinkę wyobraźni.


Ta szybko do ludzi powróci jak się okaże, że nie maja co liczyć na budżetową pomoc kiedy znowu nawiedzi ich wielka fala. Każdy troszczy się o własne bezpieczeństwo, szczególnie powodziowe, które łatwiej przewidzieć niż jakiekolwiek inne. Wiadomo, że powodzie dotykają tylko określone, ściśle ograniczone obszary, wiadomo, że statystycznie rzeka wylewa poważnie kilka razy na stulecie.

Ludzie, którzy są na tę wiedzę ślepi i głusi, którzy skąpią pieniędzy nie tylko na przebudowę swoich domów tak by minimalizować ewentualne straty ale i na ubezpieczenia, sami sobie zgotowali ten los.

Jak można wywnioskować z relacji medialnych, wg wielu powodzian ich straty to w 100% wynik  zanidebań władz, które czegoś tam dla nich nie zrobiły. Zero refleksji o własnej odpowiedzialności za własny dobytek. Rząd ma wszystko załatwić, pobudować wały i zbiorniki retencyjne a my sobie w spokoju będziemy żyli nad rzeczką i cieszyli oczy jej uroczym nurtem.

Powódź z 1997 roku niewielu czegokolwiek nauczyła. Efektem jest kilkanaście miliardów strat - czyli na dobrą sprawę powódź AD 2010, przynajmniej w tym zakresie, skalą dorównuje tej sprzed 13 lat.

Do trzech razy sztuka?
środa, 26 maja 2010, tokida

Polecane wpisy